Matkoo, kto by pomyślał, że ja - Camille Vallinghtone, zwykła dziewczyna [ no może pomijając fakt że moi rodzice to słynni państwo Vallinghtone, czyli pani architekt i pan stylista z Włoch ] spotka kogoś tak nieziemsko boskiego jak on ! Co prawda nie mam pojęcia kim "ON" jest i jak się nazywa [ stąd "ON" ] ale jest w nim coś niezwykłego.
Wróćmy do poprzedniego wieczoru, a w zasadzie to nocy. Cóż, droga powrotna do dou od Alice ciut mi się przedłużyła. Spotkałam tego oto niesamowitego "JEGO" i chociaż budził we mnie strach i przerażenie to jednak .... Dobra, przyznam się- zakochałam się w tych jego boskich oczach ! Chociaż reszty twarzy nie widziałam, to tee oczy ... Mmmmrr ! No boskiee ! ... Ale wróćmy do rzeczywistości. Coż, pierwsze spotkanie nie było zbyt miłe. On siedział w krzakach i wydawałoby się, że... hmmmm... warczał ... taak, naprawdę warczał ! I to jak warczał ! I był okropnie zimny ! No bo nie mogę też pominąć faktu, że w końcu do mnie podszedł. Ale za chwilę poszedł :/ A ja poprostu stałam...
- Odejdź, bo Cię skrzywdzę ! - wycedził przez zęby - A tego chyba nie chcemy ?!
- Nnn... n... nie ... A... aa.. ale ja tylko .. - nie zdążyłam dokończyć bo mi przerwał.
- Dziewczyno, inne na twoim miejscu już dawno by uciekały piszcząc !
- Ale ja nie jestem jak inne .
- To może bądź ! Spadaj, błagam, nie chcę Cię zranić ... ! Uciekaj !
- Skoro nie chcesz mnie ranić, to ... to mnie nie rań, i tyle... to nie takie trudne ...
- Idź już !!!
... I już go nie było .. Dlaczego, do jasnej cholery, dlaczego, akurat wtedy nie podniosłam wzroku żeby mu się dokładnie przyjrzeć ?! Kretynka ze mnie :/
Wracałam do domu dość wolno, tak, jakby ktoś wyssał ze mnie resztki mojego marnego życia. I w końcu wróciłam. Weszłam do domu - kierunek - przedpokój, a potem schody i moja sypialnia. I tu niespodzianka . Zaczęłam wrzeszczeć jak opętana, bo coś dotknęło moich dłoni. Boże ! Wrzeszczałam około kilku minut aż w końcu usłyszałam cichutki głosik mojej kochanej siostrzyczki
- Wiesz co ? Ciocia śpi ! Nie krzycz tak, bo obudzisz aniołki ! - szepneła Stella
- Najmocniej przepraszam, czemu jeszcze nie śpisz, tylko stoisz tu i straszysz ?
- Ja... ja.... ja.... - i wtedy zaczęła płakać - ja nie chciałam cię wystraszyć, Cami, ale ja się bałam sama spać u mnie w pokoju, tam coś było w oknie ..
- Stell ! Kochanie, tylko ci się wydawało ... Chodź położysz się do mnie, ok ?
- Ok, dziękuję - i dostałam wdzięcznego, ciepłego całusa w policzek od mojej małej siostrzyczki.
Tej nocy szczerze mówiąc nie mogłam zamknąć oczu ani na chwilę. Serce waliło i jak dzwon, bałam się, nie wiem czego ale poprostu się bałam. Prawdopodobnie spowodowane było to spotkaniem z "NIM", tym piękny, nieznajomym, groźnym facetem. Leżałam w łóżku z małą i przypominałam sobie wszystko co działo się jeszcze tak niedawno, bo zaledwie kilka miesięcy temu... Dach, ja, spadająca ja, potem pogotowie, szpital i psycholog... Ślady na rękach, te okropne blizny, które są zarazem takie piękne... Coż począć, muszę się przyznać... Tnę się... To nie jest dobre rozwiązanie ale to robię... I jestem niedoszłą samobujczynią... Niestety niedoszłą... Chciałam się zabić, bo miałam wszystkiego dosyć... Brak rodziców, ich ciągłe nieobecności, choroba cioci Dorothy, kłopoty w szkole, Stella, kochana Stella, która tak bardzo cierpi, bo o niej rodzice też zapominają i na końcu Luck ... Tak, Luck, śliczny Luck, mój były, który ode mnie wolał tę blond zdzirę, która już zaliczyła chyba wszystkich z drużyny futbolowej, z " moim" Luckiem na czele ... :/ To wszystko spowodowało, że próbowałam sobie odebrać życie... I pewnie jeszcze nie raz spróbuję...
Wracając do choroby cioci Dorothy o której wcześniej wspomniałam- ciocia wygrała z rakiem, ledwo ale dała radę... Cieszę się, ona jest całym moim życiem, no, włącznie ze Stellą :* Teraz jest o niebo lepiej. Jest już zdrowa i szczęśliwa, a najlepsze jest to że ma tego swojego Petera, on z nią był cały czas, od początku aż do końca choroby ! Jest wspaniały ! I naprawdę miły i sympatyczny dla mnie i dla małej :) A my dla niego ;)
Rano, czyli około 6:00 wstałam. Wiem, wiem trochę wcześnie, przecież mam jeszcze pare dni wolnego ale coż, jak wcześniej wspomniałam nie mogłam zasnąć więc łatwiej było mi wstać. Poszłam w stronę kuchni zobaczyć czy Ronnie ma co jeść [ Ronnie to nasza mała słodka kotka, którą kupiłam Stelli na 5-te urodziny, jest cała biała z maleńską czarną łatką na nosku ;* ]. Weszłam do kuchni i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam tam ciocię.
- Co robisz tak wcześnie w kuchni ? -zapytała mnie ciocia ze zdziwieniem
- Nie mogłam zasnąć, więc przyszłam zobaczyć, czy Ronnie ma co jeść, a ciocia czemu tak wcześnie wstała ? - odparłam
- Ja też nie mogłam spać, poza tym, w nocy obudził mnie straszny, kilkuminutowy wrzask. Nie wiesz kto to ? - zapytała szeroko się uśiechając
- Najmocniej przepraszam, Stella mnie wystraszyła.
- A gdzie byłaś do tak późna ?
- Odprowadzić Alice.. Przepraszam, nawet nie dałam znać.
- Już nic nie szkodzi. Idź proszę teraz do siebie i napisz do rodziców, że wróciłyśmy, bo wczoraj w nocy dzwonili z 10 razy... Na godzinę !
I wtedy obie wybuchnęłyśmy śmiechem ! Poszłam więc do pokoju, siadłam na łóżku, odpaliłam laptopa i napisałam w e-mailu : " Drodzy mamo i tato ! Do domu dotarłyśmy bezproblemowo, żyjemy, wszystko gra. Nie musieliście tyle dzwonić, pozdrowienia - Dorothy, Stella i ... Camille. "
Przepraszam, ale już kończę pisanie bo Stella się budzi i muszę przygotować jej śniadanie ;)
* Aha i chciałabym serdecznie podziękować mojej przyjaciółce Adzie za pomoc w wymyśleniu nazwiska dla tytułowej Camille V. ;* Bez Cb zginę Ada ;*;* polecam też jej bosskiego bloga ; http://the-friendship-important-thing-is.blogspot.com/ !
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz